27 maja 2017

To skomplikowane... Part I













Kalcedonia[i], 10 września 2013 roku, wtorek

Fizyka. Przedmiot najbardziej znienawidzony przez innych, dla mnie, z jego powodu, ukochane trzy kwadranse świata. Oczywiście, że ja, Naina Vermilion, nie przyznam się do tego przed nim, ale tyle mojego, co sobie popaplam. Ale zacznijmy od początku. Na imię mam Naina, lat prawie dziewiętnaście, brązowe długie włosy, zielone skośne oczy i oliwkową cerę. Przeprowadziłam się z Dalekiego Wschodu, uważanego przez innych za zaścianek i wylęgarnie szumowin, typu działacze organizacji zwanej Al–Kaida i takie tam. Ale ja obalę ten mit. Nie jestem terrorystką, tylko całkiem zwyczajną dziewczyną, sierotą, która sama jakoś sobie radzi i pcha ten wózek do przodu, coby życie było łatwiejsze, albo po prostu szybciej minęło. W zasadzie nie mam pojęcia, dlaczego wywewnętrzniam się właśnie przed wami, ale inni po prostu nie chcą słuchać, wolą być mówcami, a ja z kolei nie jestem dobrym słuchaczem, ot co. Inni uczniowie zainteresowali się mną jak egzotycznym zwierzątkiem, bo przecież pochodzę ze Wschodu, który brzmi dla nich jak sceneria „Baśni z 1000 i jednej nocy”. Gdyby tak było w rzeczywistości… Ale wróćmy do chwili obecnej.
Siedziałam sobie pod klasą, opierając plecy o ścianę. W jednej dłoni trzymałam szkicownik, w drugiej – ołówek. Te dwa martwe przedmioty to moi najwierniejsi przyjaciele, którzy zawsze są ze mną i nie tracą zbędnej śliny, tylko słuchają jak nikt inny. Nogi wyciągnęłam przed siebie i skrzyżowałam je w kostkach. Nie lubię siedzieć jak przedszkolak, z kolanami pod brodą. To dobre dla dzieciaków, nie dla mnie, dorosłej i samodzielnej dziewczyny. Z mojego idealnie poukładanego rysowniczego świata wyrwał mnie jakiś wstrząs, a dokładniej kopnięcie w podeszwę mojego – tak właśnie – mojego lewego trampka. Ta osoba ewidentnie chce dziś zakończyć swój nędzny, robaczy żywot.
— Ej, ty, Nowa – usłyszałam i podniosłam wzrok. Przede mną pojawił się nikt inny jak przewodnicząca, ta przemądrzała suka, Erza Scarlet. W elegancko wyprasowanym, granatowym mundurku naszej szkoły z logiem sowy (ubranej w jakąś dziwną kamizelkę, z okularami na dziobie, bo nosa to to nie ma, i tiarą na puchatej głowie), stanęła z dłońmi opartymi w talii i spoglądała na mnie zza kobaltowych oprawek okularów o owalnych szkłach. Nonszalancko zarzuciła na bok włosami, które opadły jej na twarz i zrobiła sporo szumu wokół nas, a korytarz zatamował się, bo oto pojawił się nowy cel dla Pani Chodzący Ideał. W końcu nie noszę tego badziewnego uniformu, dlatego ma powód do zaczepki.
— Czego? – pytam opryskliwie. Nie lubię jej. Nic mi nie zrobiła, ale sam fakt, że jest przewodniczącą, pupilkiem wszystkich belfrów i wychowuje się w pełnej rodzinie, sprawia, że nienawidzę jej z całego serca! A do tego to władcze podejście do innych. Żałosne…
— Podkurcz nogi – rzekła nieznoszącym sprzeciwu tonem i poprawia zsuwające się jej z nosa okulary. Więc o to się rozchodzi.
— Nie zamierzam – odpowiedziałam i wróciłam do rysowania. W końcu „Mglisty las” sam się nie narysuje, a mi zostało tylko kilka pociągnięć grafitowego rysika. Nagle ktoś pozbawił mnie płótna. Przymknęłam oczy, policzyłam do dziesięciu i uniosłam powieki. Gdyby spojrzenie mogło zabić, podejrzewam, że winowajca padłby trupem. Łypnęłam na Szkarłatną morderczym wzrokiem, a ta tylko bezczelnie się uśmiechnęła. Ten cwaniacki wyraz twarzy i ta jej pogarda w spojrzeniu, działały na mnie jak czerwona płachta na byka.
— Oddaj – powiedziałam pozornie spokojnym głosem, ale w środku aż cała wrzałam z wściekłości.
— Zmuś mnie – odpowiedziała i dalej patrzyła na mnie jak na karalucha, którego może zgnieść obcasem swojego, wypolerowanego na wysoki połysk, beżowego półbuta. Przeniosłam wzrok z jej twarzy na szkicownik, który mi zabrała i zastanawiałam się, jak jej brudne palce mogą dotykać tego, co należy do mnie?
Nie mając innego wyjścia, odłożyłam ołówek do plecaka i podniosłam się. Stanęłam naprzeciw przewodniczącej i sięgnęłam po moją własność. Bezczelna, cofnęła dłoń za plecy i znowu uśmiechnęła się z pogardą. Jak mnie to wkurwia!
— Chcesz tą makulaturę? – Gdybym mogła, wetknęłabym jej te słowa z powrotem do gardła, żeby się nimi udławiła.
Ugryzłam się w język, żeby nie padła jakaś opryskliwa odpowiedź, bo nigdy nie odzyskam mojego skarbu, i kiwnęłam twierdząco głową.
— W takim razie… – zaczęła, odwróciła się do mnie plecami i skierowała w stronę kosza.
„Nie rób tego” – powiedziałam w myślach, ale ta suka jednak się odważyła. Widzę wszystko jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie. Scarlet uniosła wieko kosza, ustawiła dłoń z moim szkicownikiem nad kubłem i popatrzyła na mnie znad szkieł, uśmiechając się triumfalnie. Jej palce, jeden po drugim, rozcapierzyły się, a mój skarb, powiewając kartkami, wpadł do szarego kubła z głośnym uderzeniem. Przynajmniej dla mnie tak to brzmiało, bo w tej chwili serce pękło mi na pół, a wściekłość z głowy przeszła do mięśni. Zacisnęłam mimowolnie dłonie w pięści, uniosłam opuszczoną wcześniej głowę i łypnęłam na nią jednym, podejrzanie błyszczącym okiem, którego nie zakrywała zbyt długa grzywka.
— Zginiesz – rzekłam zmienionym, złowrogo brzmiącym głosem. Kilka osób z KA[ii] przewodniczącej, odsunęło się ode mnie z przerażeniem. Tłum gapiów rozstąpił się przede mną, gdy ruszyłam w stronę tej dziwki. Wydałam z siebie jakiś nieartykułowany dziki dźwięk i nim pomyślałam, moje palce zaciskały się na bladej szyi tej dzierlatki, dociskając ją plecami do ściany. O tak! Po raz pierwszy patrzyła na mnie inaczej niż zwykle, z przerażeniem, bólem i niedowierzaniem. Zniknęła jej pewność siebie, wyższość i poczucie władzy, które dają bezpieczeństwo. Otwierała i zamykała na przemian usta, próbując zaczerpnąć życiodajnego powietrza, ale ja, zamiast rozluźnić uścisk, zapamiętale zaciskałam mocniej palce.
— I jak się czujesz, suko? – zapytałam i rozciągnęłam usta w krzywym uśmiechu. Nie będzie mi byle mucha koło ucha latała i rządziła się, bo taki ma kaprys.
Jej dłonie młóciły powietrze, próbując mnie odepchnąć, ale lata ćwiczeń jeszcze na Wschodzie sprawiły, że moje ciało jest jak głaz: twarde, zimne i niewzruszone. Powoli robiła się sina na twarzy, jej ciało wiotczało, a oczy wywracały się białkami na wierzch. Odrobina śliny ściekła jej po brodzie. O tak! Mam ogromną satysfakcję z tego, że zmieniłam jej wyraz twarzy. Nawet nie słyszałam dzwonka na lekcje, wszystkie dźwięki się dla mnie wyłączyły. Byłam teraz tylko ja i Scarlet, moje chude palce i jej urywający się oddech. Nagle nie mam pojęcia co się dzieje, gdyż moje palce opuściły bladą skórę dziewczyny, a ja uniosłam się kilka centymetrów nad ziemią. Moje nadgarstki ściskała czyjaś duża dłoń. Próbowałam walczyć, wierzgałam nogami, krzyczałam, rzucałam głową, usiłowałam uwolnić ręce. Co to, do cholery, ma być? Spojrzałam na Scarlet. Osunęła się na podłogę. Jej KA otoczyło ją zwartych kręgiem, mignął mi jakiś biały fartuch i tyle widziałam, bo mój oprawca łaskawie postawił mnie na ziemi.
— Nie spodziewałem się tego po tobie – usłyszałam ten głos i moje serce zamarło. Dopiero po chwili zaszczyciłam go spojrzeniem i mam chęć zapaść się pod ziemię. To on oderwał mnie od tej suki! Dlaczego akurat się napatoczył? Cholera! Dałabym się pokroić, byleby on tego nie widział! Mówił coś do mnie, ale nic nie usłyszałam. Widziałam jak porusza ustami, ale żadne słowa nie opuszczają ich wnętrza.
— Słuchasz mnie w ogóle? – zapytał, a ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że gapię się na jego usta. Momentalnie moją twarz oblał rumieniec wstydu.
— Mhm… – mruknęłam.
— Nie wydaje mi się – westchnął. – Idziemy do gabinetu dyrektora – dodał tylko, a ja aż się wzdrygnęłam, bo jego głos był ostry jak brzytwa.
— Ale… – zaczynam.
— Żadnych „ale”. Pójdziesz o własnych siłach, czy mam cię przerzucić przez plecy? – Spąsowiałam po cebulki włosów i nerwowym gestem poprawiłam brązowe pukle. Rozejrzałam się wokół. Uczniowie spacerowali w grupkach i rozmawiali między sobą, wskazując na mnie palcem. Jeszcze tego by mi brakowało, żeby zaczął mnie nieść! W innej sytuacji, w innej scenerii i w innym życiu tak, bierz mnie na plecy, ale tutaj, w tej obskurnej szkole? Sorry, ale to na pewno nie jest idealny plener dla romantycznych zagrań i takowych uniesień.
— Pójdę – szepnęłam w końcu.
— Zatem, komu w drogę temu czas! – Z dziennikiem w jednej dłoni i neseserem w drugiej, ruszył przodem, a ja, powłócząc nogami, poszłam za nim. Głowę miałam opuszczoną. Czułam jak moje policzki żarzą się neonową czerwienią, mówiącą o wstydzie. Było to dla mnie coś nowego. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się oblewać pąsem w jakiejkolwiek sytuacji. To wszystko jego wina! Na pewno!
Gdy byliśmy kilka kroków od drzwi gabinetu staruszka, odezwał się jego telefon z moim ulubionym utworem Linkin Park’u – „Leave out All the Rest”. Chwycił aparat w dłoń, spojrzał na wyświetlacz i miałam wrażenie, jakby się wahał. A może to tylko moje urojenia? Odebrał.
— Tak, kotku? – Czyli ma kogoś. Na co ja, głupia, liczyłam? Że taki genialny facet jest singlem? A może jest gejem? Ale wtedy miałabym problem, bo bez penisa nie mogłabym z takim delikwentem konkurować. – Tak, oczywiście, że pamiętam… Tak, pójdziemy dzisiaj na kolację… Tak, wiem, tak zaplanowałaś… – Czyli jednak nie gej! Chyba, że zwraca się do swojego partnera per „pani”. – Mhm… Dobrze… Ja ciebie też… – Skończył rozmowę i włożył telefon do kieszeni spodni. Spojrzał na mnie. Czekam, aż coś powie, ale widocznie wcale na mnie nie patrzył. Jego wzrok był zamyślony, przygryzł dolną wargę, przez co wyglądał tak seksownie, że miałam chęć go pocałować. „Naina! Hamuj swoje zapędy!” – pouczyłam siebie w myślach.
— Chodźmy – rzekł tylko i ruszył w stronę drzwi gabinetu. Otworzył je dla mnie. Weszłam pierwsza, on za mną. Pierwszą osobą, na którą się natknęliśmy, była wiekowa Ooba, sekretarka, miejscowy Cerber. Jak dla mnie to relikt zamierzchłych czasów, urodzony najpewniej jeszcze przez erą dinozaurów. Nic dziwnego, że biedaki wyginęły. Gdy pierwszy raz zobaczyłam staruszkę, momentalnie chciałam zrobić w tył zwrot i nie przyjmować się do tej szkoły. Ale klamka zapadła i już tu jestem.
— Dzień dobry, pani Oobo – przywitał się grzecznie i położył mi dłoń na ramieniu. Wiem, że był to raczej ojcowski gest, ale mi aż krew zawrzała. – Mamy sprawę do pana dyrektora. Czy jest u siebie?
— Jest. Wejść – powiedziała tylko, skrzecząc jak wiedźmy z bajek. Jak zawsze oszczędna w słowach.
Fizyk zapukał do drzwi i, po zaproszeniu, weszliśmy do środka. Sądziłam, że przywitają mnie przytłaczające kolory i zasłonięte ciężkimi, bordowymi kotarami okna, ale oto znalazłam się w Krainie Cudów. Zawiało Wschodem, co niezmiernie mnie ucieszyło. Okiem artysty oceniłam wystrój i przyznam szczerze, że rekonesans wypadł na korzyść osoby dekorującej. Pokój był jasny, dzięki promieniom słonecznym wpadającym przez długie, wąskie okna, zasłonięte fikuśnie upiętymi firankami w kolorze jasnego wrzosu. Dwie ściany gabinetu miały kolor biskupiego fioletu, a dwie pozostałe – dojrzewającej w słońcu brzoskwini. Efekt połączenia był oszałamiający, ale co najważniejsze – nie przytłaczał. Meble, w tym stolik pod ksero i regały na różne papiery, były wykonane z jasnego drewna. Jedynie klamki przymocowane do drzwiczek, tworzyło drzewo hebanowe. Od razu je poznałam. W końcu na Wschodzie codziennie spotykałam te niesamowite twory o rozłożystych koronach. Rozejrzałam się uważnie i spostrzegłam wpatrzone w siebie, przenikliwe niebieskie tęczówki. Skąd ja je znam? Nie umiałam sobie przypomnieć.
Za ciemnym biurkiem, które odstawało od reszty wyposażenia i wyróżniało się, psując końcowy efekt, siedział posiwiały dyrektor. Czubek jego głowy był całkiem łysy, zupełnie jak kolano. Byłam pewna, że to on rządzi tą placówką, chociaż pierwszy raz go widziałam. Gdy przyszłam z papierami w zeszłym tygodniu, przyjęła mnie Wiedźma. Władzy wykonawczej nie uświadczyłam.
Dziadziunio – taki nadałam mu w międzyczasie przydomek – kazał nam usiąść. Zajęłam jeden z foteli, natomiast fizyk stanął pod ścianą, krzyżując ramiona na szerokiej piersi. Nakreślił sprawę tak, jak ją zastał i zamilkł. Zapadło niezręczne milczenie.
— A ty, dziecko, nic nie powiesz? – zapytał dyrektor. Ja tylko wzruszyłam ramionami.
— A co mam powiedzieć? – odezwałam się. – Przecież nikt nie będzie mnie brał na poważnie. Nie jestem stąd, nie pełnię żadnej intratnej funkcji, jestem dziwadłem, które nie ma przyjaciół. Dlatego wolę siedzieć cicho, a pana proszę o adekwatną do czynu karę – to powiedziawszy, zamilkłam i czekałam. Nagle moje krótko obcięte paznokcie, stały się niezmiernie interesujące. Studiowałam z uwagą ich kształt, kolor i strukturę. W oczekiwaniu na wyrok, wszystko wydaje się być fajniejsze, aniżeli słowa kata. O ile wystrój był wesoły, o tyle cisza tego pokoju wręcz przygnębiała. Mąciło ją tylko tykanie zegara ściennego, pochodzącego chyba z epoki Ludwika XVI.
— Naino – wypowiedział moje imię tak miękko, tak miło, że aż zaczęłam dziękować rodzicom, że tak mnie nazwali. – To ja tutaj decyduję, dlatego, proszę, przedstaw swoją wersję. Pan Dreyar widział tylko finał, a jestem święcie przekonany, że bez powodu nie rzuciłaś się na Erzę. Mam rację? – Nieśmiało skinęłam głową. Nabrałam powietrza w płuca i zaczęłam mówić tak, jak to naprawdę widziałam. Gdy skończyłam, ponownie zapadła cisza. Dyrektor patrzył na mnie, podkręcając palcami koniec wąsa z prawej strony. Jego wzrok był przenikliwy, jakby badał każdy zakamarek mojej duszy. Pod tym spojrzeniem nie czułam się winna, gdyż biło z niego swego rodzaju zatroskanie.
— Ujmę to tak, Erza nie powinna przedsiębrać tak daleko idących i drastycznych w swoich skutkach prób wymuszania posłuszeństwa. Ta jej mania wielkości… – Spojrzałam na niego z nadzieją, która zgasła, gdy ponownie się odezwał. – A ty, moja droga, nie powinnaś tak reagować. Wybacz, ale u nas załatwia się takie sprawy rozmową. Nie mam tutaj na myśli wypominania ci, skąd pochodzisz, ale widocznie wszelkiego rodzaju konflikty były tam rozwiązywane siłą, stąd dzisiejsze zdarzenie. – Westchnął. – Jestem już starym człowiekiem, który chciałby, żebyś dobrze czuła się w tej szkole i miała przyjaciół. Czy mogę cię o coś spytać?
— Tak – szepnęłam.
— Czy mogę zostać twoim pierwszym przyjacielem? – zapytał tak całkiem naturalnie, jakby na co dzień winna duszenia innej jego uczennicy, przyszła tłumaczyć się ze swojego zachowania i była tak zakłopotana jak ja. Aktualnie mnie zatkało. Zaczęłam raz po raz zamykać i otwierać usta. Wyglądałam jak przysłowiowy karp wyjęty z wody. Wzruszenie chwyciło mnie za gardło, a serce gwałtownie załomotało w piersi. Po raz pierwszy miałam do czynienia z taką zmiennością u samej siebie. Kurde, coś było nie tak! Przecież to nie ja! Naina, jaką znam, nie wzrusza się tak łatwo, nie pąsowieje i nie rzuca do duszenia ludzi. Po chwilowej euforii przyszedł czas na refleksję, czy aby Dziadunio się ze mnie nie nabija? Spojrzałam nieufnie na niego, ale on tylko uśmiechał się dobrotliwie.
— To jak będzie? – odezwał się tym dziadziowym głosem, którego nie miała okazji nigdy usłyszeć.
— Tak, panie dyrektorze – odrzekłam, nim zdążyłam pomyśleć. Spłoszona, zasłoniłam usta dłonią. – To znaczy…
— Spokojnie. Wykładowca zatrzyma tę rozmowę dla siebie, jeśli nie chce ponieść żadnych konsekwencji – mówiąc to, spojrzał na niego marszcząc czoło. A on tylko się uśmiechnął, skinął głową i opuścił ramiona wzdłuż ciała.
— Poczekaj w sekretariacie – dodał jeszcze, a on opuścił gabinet, uprzednio skinąwszy Dziaduniowi głową. Gdy zamknęły się drzwi, dyrektor spojrzał na mnie łagodnie. – Podejdź, dziecko. – Zrobiłam jak prosił. Wyciągnął do mnie prawą dłoń. Z wahaniem zrobiłam to samo. Połączyliśmy je w uścisku. – Makarov Dreyar.
— Naina Vermilion – powiedziałam. Uśmiechnęliśmy się w tym samym momencie. Nasze dłonie rozłączyły się, a mężczyzna wstał z obitego skórą fotela, okrążył biurko i ruszył w stronę drzwi.
— Nie myśl, moja droga, że cię wypraszam, ale Laxus nie lubi, gdy ucieka mu lekcja. – Podszedł do drzwi, chwycił klamkę i nacisnął ją. ­–  W razie jakichkolwiek problemów, wal jak w dym. Te drzwi – spojrzał na wspomniany przedmiot – są zawsze dla ciebie otwarte. – Sama nie wiem czemu, ale pochyliłam się i pocałowałam go w ogorzały policzek. Spojrzał na mnie zaskoczony.
— Dziękuję, Dziadku. – Uśmiechnął się słysząc to. Pociągnął klamkę, a drzwi się otworzyły. Za nimi stał fizyk. Zamyślony patrzył w okno. Gdy usłyszał szum otwieranych drzwi, otrząsnął się z otępienia i spojrzał na nas.
— Już? – Dziadunio skinął twierdząco głową. Minęłam go i ruszyłam do drzwi prowadzących na korytarz.
— Laxus. – Zatrzymałam się na dźwięk tego imienia. – Wpadniecie do mnie z Caną w niedzielę, prawda?
— Tak, dziadku– odpowiedział tylko. „Dziadku? Jak to? Co to ma być?! Oni są rodziną?” – po głowie zaczęły galopować mi te pytania. A później pojawił się moment olśnienia. „Już wiem, skąd znam te oczy!” – zadowolona ze swojego spostrzeżenia, uśmiechnęłam się lekko.
— Wspaniale. W takim razie do zobaczenia – dodał i zniknął za drzwiami gabinetu, z którego wnętrza rozległ się dźwięk telefonu.
— Chodźmy – powiedział tylko pan od fizyki i otworzył dla mnie drzwi. Pożegnaliśmy się z sekretarką, która odprowadzała nas uważnym spojrzeniem. Co jej jest? Przecież nawet nie uchyla powiek, a policzki zwisają jej do samego brzucha! Ta myśl sprawiła, że uśmiechnęłam się kpiąco, przy okazji prychając. Usłyszał to i spojrzał na mnie. Momentalnie moja twarz przybrała obojętny wyraz.
— Gdzie jest twój szkicownik? – zapytał, przerywając ciszę.
— W koszu – odparłam tylko, na co on skinął głową. Szliśmy dalej w milczeniu, przerywanym tylko naszymi krokami. Byliśmy niedaleko sali fizycznej, gdy nagle zboczył z obranej trasy i skierował się do drzwi klasy biologicznej. Zapukał w nie, otworzył i wsunął do środka głowę. – Przepraszam, pani Strauss, ale chciałem na chwilę prosić Erzę Scarlet. Czy można? – Gdy usłyszałam to imię, nowa fala gniewu zalała moje ciało, a dłonie mimowolnie zwinęły się w pięści, aż paznokcie wbiły mi się w skórę. Skoro jest na zajęciach, nie ucierpiała tak, jak chciałam.
Usłyszałam szuranie krzeseł, a chwilę później stanęła przede mną Szkarłatna. Głowę miała opuszczoną, dłonie trzymała przed sobą, a palce splotła jakby się modliła. Milczała.
— Erzo. – Na dźwięk swojego imienia, wypowiedzianego przez fizyka, uniosła gwałtownie głowę. W jednej chwili cała złość ze mnie uszła, bo oto stał przede mną obraz nędzy i rozpaczy. Cienie pod oczami pochodziły z pewnością z rozmazanego tuszu do rzęs, lekko zaczerwieniony nos, pomięty mundurek i ten łuskowany szalik, owinięty wokół jej szczupłej, bladej szyi – wszystko to razem dawało efekt tak komiczny, że nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam śmiechem. Po chwilowym zaskoczeniu, Szkarłatna dołączyła do mnie. Śmiałyśmy się tak głośno, że drzwi pobliskich klas zaczęły się po kolei otwierać, a z futryn wyzierały ciekawskie twarze uczniów. Chwilę później ocierałyśmy kąciki oczu ze słonych kropel.
— Przepraszam – powiedziałyśmy równocześnie i znowu radośnie się roześmiałyśmy. Nie była taka zła, jak na początku myślałam. Wśród owacji sporej widowni w postaci naszych rówieśników i nauczycieli, objęłyśmy się jak stare dobre przyjaciółki i każda ruszyła w swoją stronę. Erza, jakby czegoś zapomniała, zatrzymała się gwałtownie i odwróciła od drzwi, by następnie na oczach całej szkoły beztrosko grzebać w koszu, w którym wcześniej wylądował mój szkicownik.
— Daj spokój, sama go wyjmę – starałam się ją powstrzymać, przed zbłaźnieniem, ale się zawzięła. Ja nie pełnię w tej szkole żadnych funkcji, dlatego nie urągałoby mi to zupełnie. Ale ona to już inna para kaloszy.
— Mam! – z okrzykiem triumfu stanęła w zwycięskiej pozie. W prawej dłoni trzymała mój skarb i uśmiechała się szeroko. Wśród owacji opuściła dłoń i zaczęła badać moje prace.
— Oddaj – powiedziałam. Chciałam jak najprędzej odzyskać swoją własność.
— Poczekaj. – Uniosła lewą dłoń, wpatrując się w „Mglisty las”, którego jeszcze nie dokończyłam. Chwilę później z zamyśleniem spojrzała w moją stronę. Następnie, jak gdyby nigdy nic, wcisnęła mi szkicownik w dłoń i minęła mnie. Udało mi się wyłuskać jeszcze jej szept, który zrozumiałam tak: „przyjdź po lekcjach do pokoju samorządu”, a później zostałam sama na arenie, zwanej korytarzem. Uczniowie powoli wracali do klas, poganiani przez nauczycieli, a ja z pewnością dalej bym stała i zastanawiała się, jak do tego doszło, gdyby on się nie odezwał.
— Czy możemy już iść do sali? – zapytał. Skinęłam tylko twierdząco głową, przyciskając do piersi szkicownik. Mój plecak stał na podłodze w miejscu, w którym go zostawiłam. Chwyciłam go za prawą szelkę, przerzuciłam przez ramię i weszłam do klasy, w której momentalnie zapadła cisza. Zajęłam miejsce w pierwszej ławce, bo tylko tam było wolne, i wyjęłam zeszyt. Czułam, że trzydzieści par oczu wpatruje się we mnie, wypalając dziurę w mojej ametystowej tunice. Usiłowałam się skupić na powtórce z pierwszej i drugiej zasady dynamiki Newtona, ale totalnie mi nie szło.
Pięć minut przed końcem zajęć, fizyk zadał nam pracę domową i sprawdził listę obecności. Byli wszyscy poza jakąś Evergreen. Nie widziałam jej od początku roku, dlatego nie wiedziałam, czemu reszta klasy uśmiecha się ironicznie, gdy wspomni się jej nazwisko. Zrozumiałam, gdy chwilę później drzwi się otworzyły.
— Cześć, ziomale! – wykrzyknęła jakaś wysoka brunetka, z okularami na małym nosku. Ubrana była w zieloną, seksownie opinającą ciało sukienkę, sięgającą do połowy uda. Miała też niebotycznie głęboki dekolt. „To tak można się ubierać do szkoły?” – przeszło mi przez głowę. Przez ramię miała przewieszoną torbę w kolorze zielonej oliwki, na stopach sandałki z miękkiej skórki, a w jej uszach połyskiwały szmaragdy. Nie mogłam oderwać od nich oczu. Mój nawyk kleptomanii ponownie dawał o siebie znać. Ale nie! Nie mogę! Skończyłam z tym! Definitywnie!
— O wilku mowa – szepnął ktoś.
— Witamy księżną Ever. Dziękujemy, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością, pani. Wyspałaś się? – zapytał ironicznie nauczyciel, mierząc ją uważnym spojrzeniem.
— Ach, panie psorze! Co to była za noc! – mówiąc to, usiadła obok mnie, torbę rzuciła na ławkę i oparła o nią brodę.
— Opowiesz nam przy innej okazji – powiedział. – Wiesz, że nie mogę ci wpisać obecności, prawda?
— Ale jak to!? Przecież siedzę tutaj, co nie? – Wstała, okręciła się w miejscu, obrzucając spojrzeniem znad szkieł wszystkich uczniów, i ponownie spojrzała na nauczyciela.
— Toż to mężczyzna, psorze! – zabrał głos jakiś osiłek o białych włosach.
— Kretyn z ciebie, Elfman – powiedziała brunetka, chwyciła w dłoń wachlarz, który nie wiem skąd wyjęła, rozłożyła go i zakryła nim twarz, mrugając zalotnie w stronę fizyka. Czyżby też zagięła na niego parol? Wchodzi na mój teren, a tego nie lubię.
— To jak będzie, psorku? – zapytała i znów zaczęła mrugać. Przyznam szczerze, że przestało mnie to wkurzać, bo poczułam do niej sympatię i było widać, że ten gest to żart. Dobra, usiadła obok mnie, bo spóźniła się i nie widziała mojego wyczynu, ale jednak usiadła. A to się liczy.
— Przemyślę to – powiedział tylko. – Nogi ze stołu – dodał po chwili. Spojrzałam na moją sąsiadkę. Nawet nie zauważyłam kiedy zmieniła pozycję. Siedziała teraz wygodnie rozparta na drewnianym krześle, a nogi, skrzyżowane w kostkach, opierała o blat ławki.
— Ta jest, psorze! – Zasalutowała i wykonała polecenie.
— Dzięki temu, masz obecność – rzekł nauczyciel.
— Dzięki ci wielki panie fizyku! Mój wybawicielu! Mości rycerzu! – Nie wiem czemu, ale zaczęła bić pokłony. Jakoś nie mogłam się powstrzymać, dlatego serdecznie się roześmiałam. Po chwili trzymałam się oburącz za brzuch i wciąż chichotałam. Wszyscy uczniowie skupili na mnie wzrok, a ja, nieco zmieszana, zaczęłam się uspokajać. Moim wybawieniem okazał się dzwonek. Chwyciłam swoje rzeczy i pędem opuściłam salę. Ruszyłam w stronę szkolnego boiska. Pogoda była piękna, a ja lubiłam spędzać czas na dworze. Zresztą, za przyjaciół miałam naturę.
— Ej! Ty! Czekaj! – usłyszałam za plecami i obejrzałam się ponad ramieniem. To ta brunetka mnie goniła, a w zasadzie próbowała gonić, gdyż bieg uniemożliwiały jej niebotycznie wysokie koturny jej uroczych sandałków. Dotarła do mnie zdyszana. Oddychała głęboko, opierając dłonie na kolanach. Uniosła głowę i teraz spostrzegłam kolor jej oczu. Były ciemnobrązowe, zupełnie jak czekolada z większą zawartością kakao.
— Jestem Ever, skrót od Evergreen – rzekła i wyciągnęła w moją stronę dłoń. Uścisnęłam ją i przedstawiłam się. – Jesteś tu nowa? – Skinęłam twierdząco. – Widać. – Spojrzałam na nią zdziwiona. – Pierwszy raz cię widzę, a poza tym nikogo już nie śmieszą moje żarty, a ty śmiałaś się tak prawdziwie, że od razu cię polubiłam. Zareagowałaś naturalnie, podczas gdy reszta boi się Dreyara i nie piśnie ani słówka. Tylko ja się z nim przekomarzam i widać, mamy coś wspólnego. – Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem. Mimowolnie skrzyżowałam ramiona na piersi.
— Tak w zasadzie to czego chcesz? – zapytałam bez ogródek. Nie lubię jak mi ktoś mydli oczy.
— Oj, nie reaguj tak agresywnie, Nowa. Widziałam całą akcję. – Spojrzała na mnie z błyskiem w oku.
— Jaką? – udałam, że nic nie wiem.
— Ej, nie rób ze mnie kretynki, dobra? – Teraz patrzyła urażona. – Tą z Panią Chodzący Ideał. Ale dałaś do pieca! Wreszcie ktoś utarł jej nosa! – Chwyciła moje dłonie w swoje i zaczęła nimi trząść, w rytm tego, co mówiła. – Od razu zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że znalazłam pokrewną duszę. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, że podobna wariatka zawitała do szkoły. Ale ja dopnę swego i się z tobą zaprzyjaźnię! – Nie powiem, zabrzmiało to jak groźba. Ale jej entuzjazm powoli udzielał się mi. Uśmiechnęłam się. Ten dzień zapowiadał się kiepsko, ale chyba nie będzie taki zły? Cóż, „nie chwal dnia przed zachodem słońca”, zawsze słyszałam, a od siebie dodawałam, „jeśli wiesz, że może nie być happy endu”. Ale szczęśliwego zakończenia byłam pewna. Przynajmniej dzisiaj. 








Hejoszki Roboszki!


Co tam u Was? Jak leci? U mnie różnie, ale więcej jest zdarzeń w koszyku z napisem „źle”, aniżeli w tym drugim. Ale koniec pitolenia o problemach, bo trza orędzie wygłosić! Oto wreszcie zaczynam dodawać szocika, pisanego dla Rhan, która czekała i czekała, ale w końcu dostała to, co chciała. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona z efektu mojej ponad dwuletniej pracy, Kocie :D. Kiedy Ty to zamówiłaś? Ten czas zapierdziela jak szalony! A mi przecieka przez palce… Kurde, znowu się rozgadałam jak to ja, a miało być konkretnie. To dalej. Jak sami zauważyliście w powyższej historii pojawiła się wredna Naina. Jest to OC zamawiającej, do której opowiadania odsyłam. Swoją droga jest GENIALNE! Mnóstwo Laxusa! Jakby nie patrzeć, pojawia się na każdym kroku, dlatego to jest takie dobre! A historia Rhanci nazywa się „Fairy Tail. Historia Laxusa Dreyara”. Znajdziecie bez problemu! Takiego giganta warto poszukać, a tym bardziej przeczytać :D. Przyznam się bez bicia, że mam mnóstwo do nadrobienia, niemniej, to, co do tej pory poznałam, podoba mi się i nie mam zastrzeżeń. Chociaż nie, jedno się znalazło – chcę więcej Laxa :D. Ale to jest do ustalenia z autorką :D. Co jeszcze? Nie wiem, kiedy dodam ciąg dalszy, bo teraz pracuję nad kolejnym rozdziałem na bloga o zakochanym Stingu  i tępym Natsu (to raczej standard), no i oczywiście bazgrolę Victuuri, żeby mój blog yaoi nie czuł się pominięty :). A ze spraw czysto technicznych, szocik ma czternaście stronic i przewiduję jakieś dziesięć części :). Mało, dużo, nie wiem, sami zdecydujcie ;). I na tę chwilę tyle moje wywodu. Pozdrawiam Was cieplutko i ściskam mocniutko!



Wasza R .




[i] Stolica księstwa Calcium, powstałego w XII wieku, położonego w Europie środkowo-zachodniej (przyp. autora)
[ii] Kółko Adoracyjne

8 komentarzy:

  1. Mój nawyk kleptomanii ponownie dawał o siebie znać. Ale nie! Nie mogę! Skończyłam z tym! Definitywnie!"
    KŁAMIE! I to bezczelnie!

    Och, one są tak słodko naiwne i tak słodko głupiutke. Przypominają mi się czasy liceum... Crush Nainy jest Laxusem absolutnym, kocham go.
    Ooj Rosie, faktycznie mnóstwo czasu minęło ale wierzę, że ten szot mnie zniszczy. Jjuż się nie mogę doczekać dalszej części!! Pisz ją. Wstawiaj. No dobrze, dobrze, szanuję że masz jeszcze inne zobowiązania . Ale prawdę mówiąc nigdy nie zapomniałam o tym zamówieniu na szota.
    Ale za cholerę nie pamiętam udziału Ever. To niech mnie piorun... Nie! Nie przypominaj mi! Takisz szczegółów wolę się dowiadywać z tekstu!
    Ppięknie się zapowiada, w niektórych momentach cieszyłam michę jak głupia. Domyślam się że Erza teraz będzie trzymała z Nainą?
    I w ogóle jaką Ty mi robisz reklamę!
    Dziękuję Rosie, ten szot poprawił mi humor na cały dzisiejszy dzień w pracy! :* Czekam na więcej :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie: nareszcie! A w końcu dupę spięłam i odpowiadam, bo to aż wstyd tyle zwlekać! A teraz lecim!

      Hahaha! Mówisz? No a chciałam z niej zrobić grzeczna dziewczynkę! Taką super-grzeczną! Czyli ma mi nie wyjść? :(

      Hahaha! Prawda? No ale co my miałyśmy w głowach, kiedy byłyśmy w ogólniaku? Przypomnij sobie wszystko, a wtedy wyjdzie, że z nami wcale nie było lepiej :D. A Laxa też wielbię! I najgorsze jest to, że przez biznes, w którym pracuję, kojarzy mi się ze środkami przeczyszczającymi... Zua apteka! Zua!

      Nie no! Psują to się sprzęty codziennego użytku, ale Ty to na chodzie będziesz jeszcze długie lata! :D

      Hahahaha! Ty wiesz, że ja też? Szczególnie tego Twojego entuzjazmu nie mogę się doczekać! A ponadto, sama zamawiałaś, więc masz, co żeś chciała :D. Ja już nic nie zdradzam, bo więcej będzie w kolejnych częściach, których przewiduję - i tu nie żartuję - około ośmiu, czy coś koło tego :D.

      Hahaha! Ja to się szczerzyłam podczas pisania i betowania powyższego tekstu oraz czytania i odpowiadania na komentarze ;D. Dziękuję, Kotku, że się wypowiedziałaś. Nie mam pojęcia, kiedy dodam ciąg dalszy, ale na pewno będzie wtedy wielkie ka-bum! Czy jak to powinno być napisane :D.

      Zasłużyłaś to masz. Po cichu liczę, że zwiększy się u Ciebie liczba czytelników i komentatorów, co zmobilizuje Cię do wstawienia kolejnego rozdziału :). (Co tam, że mam zaległości! To nic, to nic, nic to!)

      Na koniec ściskam Cię mocno i całuję, ciesząc machę, że poprawiłam Ci tamten dzień :P.

      Twoja R ♥.

      Usuń
  2. Witaj
    A mi sie przypomiala osma klasa podstawowki tak lucy chodzila jeszcze do osmioletniej podstawowki i lekcje fizyki
    Mam nadzieje ze znadzie prawdziwych przyjaciol i jestem ciekawe co badzie dalej
    A ja nam takiego dola ze chyba nic mi nie pomoze a dotego znowu mialam spinka z siostra a mamuska stanala po jej stronie mam juz tego dosyc jak tu czlowiek mam wyzdrowiec i znalez praca i wyprowadzic sie w koncu na swoje
    Dosyc tego marudzenia.
    A i dzieki cioci moge to przeczytac i czakam na nowe mocniejsze szkla w okulatach w konco bsdze mogla czytac i wylaczyc sie od tego co jest w domu i uciec do swojego swiata tym badziej ze czekam ma przyslka z moja ukochana manga w konco bade miala swoja i zbieram na mastepna. Pozdrawiam lucy i nutka slowna
    ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Lucy!

      Nawet nie wiesz, jak miło mi przeczytać Twój komentarz! Mam nadzieję, że sytuacja w domu nieco się poprawiła i zastaję Cię w dobrym zdrowiu. Przepraszam za swoje przedłużające się milczenie, ale ostatnio też mam spiny z rodzinką. No cóż, z nią tylko dobrze na zdjęciach :D.

      Mając na myśli ciocię, mówisz o Haru, prawda? Kochana osóbka! Jej też muszę odpisać, ale jakoś nie potrafię zebrać dupy do kupy :(... Oczywiście, jeśli idzie o maile...

      Musisz wiedzieć, że wierzę w Ciebie i w to, że Ci się uda! Nie daj się tam, bo naprawdę liczę, że niedługo będę dostawała jedynie dobre wiadomości :).

      A tak między nami - nie cierpię fizyki! To jak dla mnie najgorszy przedmiot w szkole! Ale na szczęście mam go już za sobą ;D. I tym miłym akcentem kończę swój wywód, mocno uściskam Ciebie i Twoją Córeczkę, a na koniec ucałuję każdą z Was i pozdrowię, życząc dobrej nocki ;).

      Wasza R ♥.

      Usuń
  3. Hej
    No i jak zawsze ladnie na pisane.
    No i w konco odarwalam sie od gry
    Czekam na cieg. Pozdrawiam i znikam dalej grac chociasz przydal by mi sie jakus kopniak albo motywacja do poprawek to tyle ozdrawiam i rzyslam ci wene moze ty je nie zmarnujesz ja ja. Haruka☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Słoneczko!

      Jak się masz? Jak mijają wakacje? Jedziecie gdzieś? Może z Lucy? Pochwalcie się, bo zapomniałam zapytać w odpowiedzi na Jej komentarz...

      Oj! Dziękuję, Kotku! Cieszę się, że Ci się podoba! Ja nieskromnie przyznam, że też jestem zadowolona z efektów swojej ciężkiej pracy ;). A za wenę serdecznie dziękuję! Przyda mi się, że hej! A Ciebie mentalnie kopię, żebyś zrobiła poprawki, o których już mi kiedyś pisałaś :). Nie daj się tam! I j/w ściskam, całuję i pozdrawiam cieplutko Ciebie i Twoją Córcię ;).

      Wasza R ♥.

      PS A grze daj trochę oddychnąć i zadbaj o smutny, przez Twoje zapomnienie, blog ;).

      Usuń
  4. Czesc gwiazdko
    Opowiadan na twoje pytanie nasze corki byly na polkoloni niestety nie udalo sie zeby jechaly w tym samym czasaie pierwsza pojachala corka lucy a moje jezdzi w tym tygodniu a ja troche prubuje robic poprawek ale idzie mi to strasznie wolno bo sie przypomina tragednia z konca lipca w ciez nie pogodzam sie ze ich juz niema zemna jeszcze troche i minie rok jak niema zemna mojch chlopcow kochanych jak je teraz nie znosze upalnych slonecznych dni ale nie bade sie tu otym rospisywac wracajac od odp corka lucy z tego co mi wiadomo jest teraz u drugiej babci iwruci w sierpniu to w tedy ponedziemy na troche nad jeziero we cztery same dziewczyn dwie duze i dwie male za ktorymi juz sie panowie ogledaja bo mez lucy ma teraz wolne dwa tygodnie i z tego co mi wiodomo jeden tydzien spedze w domu a na drugi dolaczeja to swojej corki co jest u mamy jej mez i potem wracoje na tydzien do domu i bade jeszcze bez corki i siepien i nasz wyjazd nam nedzieje ze nie bedzie upalow w sierpniu no i jescze moje corka na dwa tygodnie lipca ostatnie badzie u swojej jednej babci. Nawet niewiesz jak badzo mi teraz brakuje mojego kochenego duszka synka i mojej mamy to chyba tyla a za bloga to sie zabiore tylko musze polrawic na tyle pierwsza czesc zeby byc zadowolona i jeszcze dac komus zeby sprawdzil czy jak zawsze nie po zjadala literek i niema blodow ktorych robie maseto chyba tyle pozdrawiem

    Ps zycze udanych sloneczynch ale nie upalnych wakacji haruka

    OdpowiedzUsuń

Nie wstydź się – skrobnij komentarz!
Będzie lepszy, niż nowy elementarz!
Ja Ciebie zapamiętam
i dedyka Ci dam,
jeśli będziesz pierwszy
pośród wszystkich wierszy!